— Tu — powiada cichym, wzruszonym głosem. — Kładźcie ten chrust i od razu go podpalcie. Bob! Dawaj tę sztabę!

Wyjmuje sztabę z drżących rąk Boba i zawiesza ją na nisko zwisającym konarze. Tymczasem płomienie zaczęły już obejmować spory stos chrustu.

— Bob! Zaczynamy! Wal młotkiem z całej siły!

Bob doskoczył do sztaby. Zawrzała w nim wściekłość — sam nie wiedział, o co i na kogo jest taki zły. Walił w sztabę z rozmachem raz po razie. Hałas był rzeczywiście tak ogłuszający, że Bob przestał czuć i rozumieć, co się koło niego dzieje. Przestał bić młotkiem dopiero wtedy, kiedy go pan James siłą odciągnął od sztaby.

Oparł się plecami o drzewo i rozejrzał się wokoło. Chrust płonął już wielkim ogniem, oświetlając całą ulicę. O dwa kroki od Boba dwaj tkacze podnoszą na ramionach Johna. Dookoła pełno jest ludzi. Przez otwarte okna wyglądają zdziwione i przerażone straszliwym hałasem twarze. Drzwi od sklepu Horta otwarte są na oścież.

— Słuchajcie mnie ludzie! Mówię do was w imieniu dwudziestu ośmiu tkaczy roczdelskich, którzy zakładają robotniczy sklep kooperatywny. Słuchajcie mnie! Opowiem wam, na czym będzie polegało urządzenie tej kooperatywy i dlaczego ten sklep będzie zupełnie inny niż sklepy prywatnych właścicieli.

Z ust Johna płyną słowa przekonywujące13, wartkie, słuszne. Kiedy na chwilę przestaje mówić, aby zaczerpnąć oddechu, dwaj trzymający go tkacze i James krzyczą na całe gardło: — Słuchajcie! Słuchajcie! Słuchajcie!

Bob zasłuchał się w słowa Johna. Upajała go słuszność i rzetelność tych wielokrotnie już w czasie ostatnich tygodni słyszanych argumentów. Nie! takiemu przemówieniu nie można się oprzeć!

Bob śmiało rozgląda się po szerokim kole słuchaczów. No tak. Słuchają pilnie. Czerwony blask palącego się chrustu oświetla twarze skupione i poważne. Ale dalej... tam, za plecami pierwszego rzędu słuchających... tak! Bob nie myli się. Duża gromada ludzi otacza kowala Smitha. Tak, to on. Mówi coś do nich przyciszonym głosem. Śmieją się wszyscy. Och! Śmieją się coraz głośniej!

Uważne twarze z pierwszego rzędu stają się roztargnione, coraz częściej odwracają się w tamtą stronę, z której słychać coraz głośniejszy śmiech, z której padają coraz to rubaszniejsze żarty.