Rudy, przysadzisty O’Brien przedarł się prawie do samego Johna, zadarł głowę i przerwał mu bez ceremonii.

— Czego ty, Winders, tak górnie piejesz?

Potem skurczył się błazeńsko, obrócił się wokoło i zajęczał z udaną bezradnością:

— Powiedzcie mi, dobrzy ludzie, powiedzcie mi, bo nie rozumiem, kto tu kogo buja? Czy John Winders dwudziestu ośmiu tkaczy, czy ci tkacze Johna Windersa, a może to oni wszyscy razem chcą nas naciągnąć?

Głos Johna już ledwo słychać. Już prawie przygłuszył go ten gromadny śmiech.

— Słuchajcie ludzie — woła ostatkiem sił. — Otwieramy nasz sklep dwudziestego pierwszego grudnia o godzinie ósmej wieczorem. Przyjdźcie i poprzyjcie nasz wspólny wysiłek!

— A jakże — zapewnia O’Brien wśród ogólnego śmiechu. — Przyjdziemy. Na pewno przyjdziemy wszyscy! Będzie na co popatrzeć.

John zeskoczył już z ramion tkaczy i spokojnie odwiązuje sztabę. Bob, spocony mimo mrozu, myśli tylko o tym, jak by tu się z tego tłoku wydostać. Ale okazuje się, że na tym jeszcze nie koniec. W drzwiach sklepu staje gruby Joachim Hort i woła słodziutkim głosem.

— Hej, hej! Panie Winders! Skoro już zakłada pan własny sklep, to może zechce pan uregulować ten rachuneczek starszej pani Winders. Uzbierała się tam sumka niewielka, ale akurat mi się przyda, bo będę miał teraz konkurencję. O to samo i pana poproszę, panie James. A i u Boba Sanderta coś niecoś mi się należy. Jak konkurencja, to konkurencja!

*