Tym razem zebranie jest liczniejsze. Biorą w nim udział także kobiety, młodzi chłopcy, dziewczęta. I już nie w alkowie starego Henry’ego wszystko się odbywa, tylko w obszernej izbie pani Winders. Zresztą i tu jest ciasno.

John jest wyraźnie wzruszony. Stoi przed zastawionym stołem ze szklanką piwa w ręku i drżącym głosem mówi:

— Za chwilę wybije dwunasta godzina. Zacznie się nowy rok, rok 1845. Powiedziałem już wam, cośmy przez te18 parę tygodni zrobili i jaka czeka nas praca w tym nowym roku. Wypiliśmy zdrowie Karola Howarda, który pierwszy wpadł na pomysł założenia w Roczdelu Kooperatywy pod nazwą Sklep Pionierów. Dziękowaliście mi za moją pracę, a teraz ja dziękuję wam, że nie zapomnieliście o mnie. Ale jest wśród nas ktoś jeszcze, o kim nie wolno zapomnieć. Ktoś, kto włożył w nasz ruch całe serce i całą pracę małych rąk, na jaką go było stać. Mam na myśli małego tkacza, „dzwonnika roczdelskiego”, Boba Sanderta.

— Niech żyje!

— Brawo!

— Dawać go tu!

— Bob! Gdzie się podziewasz?

Ale Bob nie słyszy. Jest zajęty. Usiłuje wyciągnąć z ciemnej sionki Sylwię, która parska wściekle i grozi mu, że go podrapie. Przed chwilą powiedział, że naliczył na jej nosie aż pięć piegów.

Posłowie

Całe to opisane w tej książce zdarzenie jest od początku do końca prawdziwe. Sklep roczdelskich pionierów został otwarty w roku 1844 dnia 21 grudnia i był właśnie pierwszą udaną próbą zapoczątkowania ruchu spółdzielczego w Anglii. Osoby, które w tym opowiadaniu występują, są zmyślone. Ale prawdą jest, że połowa dziewiętnastego stulecia była w Anglii okresem niesłychanego wyzysku robotników, a w szczególności wyzysku dzieci, które fabrykanci chętnie zatrudniali przy warsztatach tkackich. Były to najtańsze ręce robocze. I chociaż nieliczne jednostki protestowały wówczas przeciwko pracy dzieci, chociaż ludzie tacy jak lord Owen19 domagali się w parlamencie wydania ustawy, która by wzięła w obronę małoletnich tkaczy, to jednak długo jeszcze po licznych sierocińcach i przytułkach angielskich wędrowali agenci wyszukujący małych chłopców i dziewczynki do pracy w fabrykach. Długo jeszcze setki i dziesiątki „małych Hardych” ginęło z głodu, wycieńczenia i gruźlicy. Trzeba też pamiętać, że dorośli tkacze też pozostawali w okropnej nędzy, bo fabrykanci nie chcieli płacić przyzwoitych pensji ludziom dorosłym, mogąc w każdej chwili zatrudnić dziecko, któremu można było płacić nędzne grosze.