— No! ile razy mam powtarzać? Trzy funty mąki...

Ale Bob już nie czeka, już zrozumiał, że to naprawdę, że ta kochana, jędzowata pani James naprawdę chce to wszystko kupić. Odważniki, torebki, łopatki do nabierania mąki i kaszy furkocą mu w rękach. Po krótkiej chwili wszystko jest gotowe.

Maria James staje przed Johnem wyprostowana, chmurna.

— Płacę, John. A daj mi ten wasz kwit. Nie zgubię go, bądź pewien. Nie zgubię żadnego waszego kwitka. Za rok zgłoszę się po swoją należność. Pamiętaj, John!

— Dobry wieczór wszystkim.

A któż to znowu? Ach! Pani Winders! Dobra, kochana pani Winders! Czego sobie życzy? Funt mąki? Bochenek chleba? Półtora funta kaszy? Zaraz! W tej chwileczce!

I znowu ruch przy drzwiach. Pani Snodgrass, Meta Roob? Wszystkie, wszystkie żony i córki 28 tkaczy, właścicieli udziałów, przyszły z koszykami po zakupy. Spieszą się, niecierpliwią. Wszystkie niezmiennie żądają chleba, mąki, kaszy, warzyw. Żadna nie ma ochoty na powidła czy jaja! Oh! Kto śmiał niedawno twierdzić, że nie wiadomo po co kobiety chodzą po świecie. Ładnie byś bez nich wyglądał razem ze swoją kooperatywą, Bobie Sandercie!

Pan James stanął za kontuarem i dzielnie pomaga Bobowi. Uśmiechnięty John przyjmuje pieniądze, wydaje reszty17, wypisuje i stempluje kwity.

A za drzwiami umilkli, przyciszeni gapie patrzą się z otwartymi ze zdumienia ustami.

*