— Nie mamy jeszcze jaj w sklepie.

O’Brien pokiwał głową ze zdumieniem.

— I co wy na to, Smith? Zdaje się, że będziemy musieli pójść po nasze zakupy do sklepu. Do prawdziwego sklepu!

Wmieszali się obaj w tłum cisnący się u drzwi. Znowu podniosły się nieopisane wrzaski i kwiki. Ktoś wrzucił do sklepu duży kamień.

Bob stoi w kącie zmartwiały z przerażenia, a John blady, z zaciśniętymi pięściami spogląda uparcie w stronę otwartych drzwi.

Wrzawa na ulicy znowu ucicha nieco. Ktoś przeciska się przez tłum, aż wreszcie w drzwiach staje pan James. Bob oddycha z ulgą. Nareszcie jakaś życzliwa twarz!

Nagle...! O Boże! Czyjaż to chmurna twarz wysuwa się zza szerokich ramion Jamesa? Czy nie będzie dziś końca przykrościom?!

Chuda, wysoka pani Maria James staje przed kontuarem i komenderuje ostro:

— Trzy funty16 mąki, półtora funta kaszy, parę ładnych marchwi, ale już! Na jednej nodze!

Bob ogłupiały, wpatrzony w jej chmurną minę, nie rusza się z miejsca.