— Chwilowo jeszcze nie mamy masła — wyjaśnił John.

— Aha! Rozumiem! Dostawca się spóźnił. To się zdarza, to się zdarza. Nic nie szkodzi, wezmę sobie coś innego. Co by tu... Aha! Poproszę o ćwierć funta śliwkowych powideł, ale prędko, bo jestem bardzo głodny.

— Nie mamy jeszcze powideł... na razie.

Kowal zakłopotał się nieszczerze.

— Ajaj! Szkoda. Taką miałem ochotę na te powidła! No to niech już będzie słonina.

Ale John ma już dosyć tej zabawy.

— Wy dobrze wiecie, Smith, że nie mamy słoniny. Wiecie, co można u nas kupić, więc po co zawracacie głowę?!

W drzwiach ukazała się ruda głowa przysadzistego tkacza.

— Obrażają klienta — pisnął z przejęciem O’Brien — sam na własne uszy słyszałem, że w tym interesie źle się odnoszą do kupujących. Ale trudno! Czego się nie robi dla kolegów i starych przyjaciół? Daj mi, Winders, ze sześć jaj, bo moja będzie dziś ciasto piekła.

A John jest już znowu spokojny i opanowany.