Głos Johna jest spokojny i pewny, więc Bob posłusznie zdejmuje haczyk z okiennicy, otwiera ją... Przez szybę widzi tłoczący się tłum ludzi, słyszy gwar i rwetes.
John, który już szedł do drzwi, też spogląda przez szybę i zatrzymuje się. Waha się najwidoczniej.
Bob mamroce coś pod nosem o tym, że warto by może jednak zaczekać na pana Jamesa. Jeszcze choćby parę chwil... John stoi na miejscu i myśli. Po minie jego widać, że ma ochotę zgodzić się na zwłokę. Bob oddycha z ulgą. Cóż to szkodzi zaczekać jeszcze parę minut? Wtem Sylwia doskoczyła do drzwi i zawołała błagalnie:
— Ja otworzę, John! Pozwól mi, dobrze? Ja otworzę!
John spojrzał na nią tak, jakby się nagle zawstydził. Powiedział krótko:
— Dobrze. Otwórz. Ja będę stał przy tobie.
Za chwilę drzwi do sklepu stanęły otworem.
Cisnąca się u wejścia banda młodych łobuzów tylko na to czekała. Rozpoczęła się najprawidłowsza „kocia muzyka”: pianie, gdakanie, kwiczenie, miauczenie, szczekanie, a to wszystko pod akompaniament chóralnego śmiechu setek ludzi.
Po dłuższym czasie wszystko uciszyło się nagle. Do drzwi przepchało się przez tłum kilku mężczyzn. Pierwszy wszedł do sklepu dobrodusznie uśmiechnięty kowal Smith. Inni przystanęli za otwartymi drzwiami i nadsłuchiwali pilnie. Smith uścisnął dłoń Johnowi i Bobowi, uszczypał w policzek Sylwię...
— Niechże ja będę pierwszym szczęśliwym klientem. Bob! Zapakuj mi pół funta masła.