— A co ma być? Za pięć minut otwieramy sklep.

Bob przestraszył się nie na żarty.

— Za pięć minut? Sami? Miał przecież przyjść pan James!

John wzrusza ramionami.

— Nie przyszedł. Może żona nie chciała go puścić, a może się przestraszył. Przecież i ty się boisz, Bob! Widać to po tobie. Ja zresztą też mam trochę stracha. Tylko Sylwia nic a nic się nie boi. Spójrz na nią.

A Sylwia rzeczywiście nie boi się. Łazi po całym sklepie. Zagląda we wszystkie kąty i śmieje się sama do siebie. Od razu widać, że doskonale się tym wszystkim bawi.

Bob wzrusza ramionami. Co ona tam wie, taka smarkata! Nie chodziła przecież na te wieczorne zgromadzenia uliczne, a Bob chodził i wie, czego się można spodziewać.

Westchnął cichutko i spojrzał po ścianach, po półkach. No! Piękny to już ten sklep nie jest. Wielki także nie. Jeden kupujący będzie się jeszcze mógł swobodnie poruszać, dwóm będzie już przyciasno, a więcej jak15 trzech żadną miarą się nie zmieści. I co oni tu będą kupowali? Pożal się Boże! Worek mąki, dwa worki kaszy, trochę warzyw pięknie ułożonych na półkach, parę chlebów na kontuarze — to już wszystko. Pośmiewisko, a nie sklep!

Tak sobie Bob smętnie rozmyśla, ale jednocześnie kombinuje chytrze, że jeżeli się wszystko sprzeda, jeżeli jeszcze choćby kilkunastu ludzi wstąpi do kooperatywy, to zakupi się jedno, sprowadzi drugie i będzie dobrze. A stary Hort pęknie ze złości.

— Bob, otwieramy!