— O tym też wieczorem pomówimy. Nie bój się. Nie skrzywdzę cię! Zobaczymy, jak nam się będzie razem mieszkać.
Bob ukłonił się i ruszył w stronę drzwi. Kiedy je otwierał, rozległ się przeraźliwy głos gongu fabrycznego. Trzeba się śpieszyć. Czas już do roboty!
Rozdział II
Późnym wieczorem całe zbolałe ciało odmawia posłuszeństwa. Zdrętwiałe palce nie chwytają już tak sprawnie i nieomylnie cienkich pasemek przędzy. Ból w krzyżu przypomina, że czas już rozprostować zgięty nad warsztatem grzbiet. A ostatni gong fabryczny, zwiastujący koniec dnia roboczego, nieprędko jeszcze uderzy...
Wielka, ponura i skąpo oświetlona sala pełna jest pracujących dzieci i starych kobiet. Szybki rytm maszyn nie zmienia się w ciągu dnia. Dzieci i kobiety nie mogą już teraz nadążyć. Ciemne ściany, z których tynk dawno się odkruszył aż do czerwonych cegieł, są zimne i nieprzytulne. Za małymi, zakratowanymi okienkami stoi już wczesna jesienna noc.
Tych śmiertelnie zmęczonych ludzi nie nagonią już do szybszej pracy brutalne przekleństwa i groźby majstrów. Niech sobie maszyny terkocą choćby i najszybciej — są przecież tylko maszynami. Ludzie łakną już odpoczynku, łakną swobodnego rozprostowania zgiętych nad warsztatami ciał.
Wtedy o niski sufit uderza pieśń przewlekła i smutna, niemająca początku ni końca, rozpoczynana przez kogokolwiek od którejkolwiek strofy i śpiewana przez wszystkich... nawet maszyny zdają się swój rytm włączać w niewymyślną melodię.
Zegnij grzbiet! Pochyl kark!
Wytęż oczy, mały Hardy!
Podnieś głos, zanuć pieśń...