— Na kil... na kilkanaście godzin — rzekł, całując ją.
Usta dziecka były chłodne.
Siadł do powozu. Zdawało mu się, że za chwilę runie dom i pozostałych w nim zagrzebie.
— Jedź!...
— Do widzenia, tatku!
— Andrzej... jedź!...
Konie ruszyły, aż dziedzic uderzył głową o tył powozu. Dwór znikł. Już mijają budynki. Już są w alejach. Oto jego pola, chude i nieobsiane. Znowu ogród, dach dworu i okno na facjatce, w którym stoi teraz Anielka...
Już wszystko minęli. Pan Jan odetchnął.
— Mój kochany — rzekł do furmana — zdzieraj lepiej cugle, ażeby konie tak łbów nie zwieszały. Wyglądają jak fornalskie!...
Potem zapalił cygaro i — uczuł się zupełnie zadowolony. Żona, Anielka i duchy domowe zostały tam... tam już daleko. O!... tylko nie odwracajmy głowy w ich stronę...