Przechodnie kłaniali mu się. Przed chatą, obok drogi stojącą, jakaś matka bawiła drobnego syna. Ujrzawszy powóz posadziła dziecko na kolanie jak na koniku i przytupując mówiła:

— Jak pan jedzie po obiedzie, sługa za nim ze śniadaniem... Tak chłop! tak chłop!

Na widok zabawy rodzinnej pan Jan uśmiechnął się szczerze, z głębi piersi. Nad nim świeciło słońce i trzepotał się skowronek; wkoło pola dyszały życiem. Tylko tam daleko, za wzgórzem, za ogrodem, został dom bez opieki, a w oknie facjatki Anielka wpatrująca się w ojcowski powóz, który wydawał się w tej chwili nie większy od chrabąszcza.

Ząb wyrwany nie boli. Ten, który ucieka, nie czuje smutku opuszczonych.

Rozdział dziewiąty. Trwoga we wsi, skutkiem czego Gajda płoszy wróble

Na drugi dzień po wyjeździe pana Jana gospodarz Józef Grzyb wstąpił do karczmy po wódkę. Zastał Szmulową bardziej niż kiedy zamyśloną i Szmula, który ze złości krzyczał na dziewkę za to, że kieliszek w zeszłym tygodniu stłukli goście.

Ledwie Grzyb stanął w izbie, odezwał się do niego Szmul z ironicznym uśmiechem:

— No, cieszta się, gospodarze! będzie nowy dziedzic...

— Może i tak? — odparł Grzyb i zadumał się.

— Będziecie mieli we wsi gorzelnię, młyn...