I znowu go to z przodu, to z tyłu, aż mu kołtuny zasłoniły twarz i czerwone oczy.
Chłop w milczeniu sukmanę na drugą rękę wciągnął, kołtuny odgarnął i — jak plunie w garść, jak złapie babę za łeb, jak zacznie obracać!... Chryste ratuj!... Chustka z niej poszła w kąt, kijanka na półkę, aż dwa garnki spadły na ziemię.
— Dajcież spokój, Janie! — wołały baby.
— Walcie, kumie, póki nie zacznie prosić — radzili chłopi.
Ale Samiec niczyjej rady nie słuchał, tylko wedle własnego rozumienia rzeczy, wyturbowawszy kobiecinę, kopnął ją w udo i cisnął pod żarna. Potem zapiął się, pasem opasał, włożył nowy kapelusz na głowę i rzekł bez śladu gniewu:
— Idźwa99 do dworu, kumowie, jeżeli taka wola wasza.
Chłopi kręcili głowami i szeptali między sobą:
— Chwat stary!...
— Jaki to u niego obrót w garści!...
— On by jeszcze korzec pszenicy pod pachę wziął.