Delegaci poszli, baby zostały, a Samcowa zawodziła pod żarnami śpiewającym głosem:
— O, Matko Przenajświętsza Częstochowska, co się to dzieje?... Widzieliśta, moje kumy? A dyć w tego dziada złe wstąpiło!... Bez cztery roki biłam go i ani pisnął, ino słuchał mię, a dziś mi takiego wstydu narobił!... O, po cóżem ja na ten świat przyszła, nieboga!....
— Jużci ma racją — rzekła jedna z bab. — Mnie samej, żeby mnie dopiero mój w piątym roku bić zaczął, byłoby markotno.
— Oj! biednaście wy, Janowo! — pocieszała inna baba penitentkę. — Chłop pokorny to jak wilk, póty grzeczny, póki człowiekowego mięsa nie spróbuje. Ale jak się już raz porwał, to będzie was bijał co dnia.
Ponieważ było po drodze, trzej więc deputaci wstąpili do Gajdy, który niedawno z furmanką wrócił, i znowu opowiedzieli mu rzecz całą, od początku do końca. Gajda przeraził się, aż w ręce uderzył.
— O, psiawiara! O, heretyk!... — zawołał. — Dwa dni temu zdarł ze mnie trzy ruble, tak żem nie miał za co dziecku chleba kupić i siedziało o zimnych kartoflach. A dziś na całą wieś takie nieszczęście sprowadza.
— Komu, jak komu — wtrącił Olejarz — ale wam, kumie, to się urwie.
Gajda sposępniał.
— Ja tam z moich koni żyję, a nie z jego szkody! — mruknął.
— Może się to na dobre obróci — rzekł Grzyb. — Poprosimy dziedziczki, żeby po swego posłała, i podpiszemy układ. Jużci lepiej choćby i trzy morgi aniżeli nic, i jeszcze prześladowanie.