Parę razy na dzień wchodziła do pokoju dziewucha kredensowa, zamiotła komnatę pani, przyniosła obiad, samowar, wody do mycia i tyle ją widziano. Ani Anielka, ani matka nie śmiały upominać się o lepszą usługę, czując, że ludzie niepłaceni i źle karmieni pracować nie mogą.

Anielka prawie po całych dniach pilnowała matki i Józia, nawet sypiała w ich pokoju.

Matka, leżąc w łóżku albo siedząc w fotelu, czytała najczęściej książkę, a małomówny i nieruchawy Józio bawił się tym, co znalazł na stoliku. Wówczas Anielka przypominała sobie radę guwernantki: „Ucz się!... ucz się!...” — i pilnując się dawnego rozkładu, sama zadawała sobie lekcje: „Stąd — dotąd”, wyuczała się ich na pamięć i wydawała107 przed — krzesełkiem guwernantki. To historię powszechną, to geografię, to znowu jaką gramatykę przechodziła w ten sposób. Ale nauki bez upomnień, pochwał i stopni w dzienniczku straciły dla niej znaczenie.

W czasie podobnych zajęć Anielki nieraz w drugim pokoju rozlegał się głos dzwonka. Dziewczynka wybiegała, mówiąc:

— Jestem! słucham mamy!...

— Ja na lokaja dzwoniłam, ma chére, żeby mleka przyniósł...

— Lokaja, proszę mamy, nie ma...

— Ach, prawda. Podobno siedzi w karczmie!

— I mleka nie ma, bo krowy dziś nie dały.

Pani zalewała się łzami.