Odeszli zafrasowani gospodarze, a Gajda wystawał przed chatą. Potem, gdy już znikli we wsi, powlókł się ku budynkom dworskim.
Za płotem ogrodowym, naprzeciw tych budynków, na krzakach, aż szaro było od wróbli. Gajda obejrzał się, a widząc, że nikt nie patrzy, rzucił w krzaki kawał drewna.
Chmura wróbli zerwała się z wielkim szelestem, przeleciała mu nad głową i usiadła na dachach stodoły, stajni lub obory.
Chłop roześmiał się głucho. Podszedł kilkanaście kroków naprzód i znowu spłoszył ptaki. Te, równie jak pierwsze, całym rojem poleciały na budynki.
— Nie sprzedasz ty! — mruknął Gajda wygrażając pięścią ku dworowi.
Przeszedł wzdłuż całego ogrodu, wszędzie rzucając na wróble; a ile razy widział, że lecą ku budynkom, śmiał się, wyszczerzał zęby i mruczał:
— Oj, nie sprzedasz ty, nie!...
Wróciwszy do chaty wyszukał w komorze spory kawał hubki i położył ją na ciepłym miejscu, aby przeschła.
Rozdział dziesiąty. Domysły matki. Znowu wróble
Od wyjazdu ojca i guwernantki dwór jeszcze bardziej sposępniał. Ekonom, człowiek nieżonaty, zabrał w nocy swój tłumoczek i umknął, nawet nie pożegnawszy się z nikim. Lokaj, który już dawniej podziękował za służbę, zaczął przesiadywać w szynku i pił za zastawione rzeczy. Parobcy po całych dniach nie robili nic, tylko utyskiwali106 nad tym, że pan nie zaspokoił ich za ostatni kwartał. Ledwie który litościwszy rzucił niemym bydlętom garstkę sieczki i do studni je wygnał; inaczej pozdychałyby z głodu i pragnienia.