— Czego kpita? — dorzuciła trzecia. — Przecie sam Pan Bóg nakazuje smutnego pocieszyć, nagiego przyodziać i umarłego pogrzebać.
— Widzita, kumy! — odezwała się poprzednia niemniej wesoło. — Ostaszeskiej wydaje się, że do dziedziczki to można tak chodzić jak do położnicy110... Przecie to pani całą gębą, co wy se myślita? Jakby do was zaczęła gadać po francusku, to byście ino oczy wytrzeszczyły...
— Ej!... w takiej samotności i opuszczeniu to by se przypomniała po polsku. A zawdy co pociecha, to pociecha.
— A jakżebyśta ją cieszyły? — mówiła śmieszka. — Ona bawi się inaczej i smuci inaczej niż my, ludzie proste. U nich jest myślenie nawet inaksze111. Toteż jak z tobą zacznie która gadać nie o gospodarstwie, nic jej nie rozumiesz ani ona ciebie. Rychtyczek112, jakby se świnia z pastuchem rozmawiały. Ja bym ta do niej pójść nie śmiała!
Tak więc opuszczona dziedziczka nie mogła nawet liczyć na pomoc ze strony poczciwych kobiet wiejskich. Między chatą i dworem stał mur przesądów, w którym państwo Janowie przez cały czas swego pobytu na wsi nie chcieli czy nie umieli zrobić wyłomu.
Około dziesiątej w nocy, kiedy rosa spadła na ziemię, ponad wołanie żab wybił się jakiś odległy łoskot. Anielka wbiegła na facjatkę i stanęła w oknie. Rzeczywiście, ktoś jechał gościńcem, ale nie do nich. Oparła się na oknie i zalała łzami.
— Boże! Boże! sprowadź też ojca do nas — szeptała.
Gdyby cud skrócił odległość między nią i ojcem, może zobaczyłaby go w towarzystwie ludzi wesołych, pijącego na próbę nowo wynaleziony trunek, który składał się z porteru i szampana.
Jak w podobnej mieszaninie smakują łzy opuszczonego dziecka? — o tym chyba nikt nie wie, a najmniej pan Jan, który czuł się w złotym humorze.
Noc była gwiaździsta, spokojna i na pół jasna. Powietrze nasycała wilgoć. We wsi już światła pogasły. Słychać było krzyk żab i szczekanie psów. Może tam i Karusek jest między nimi, bo od południa nie ma go w domu?... Niedobry pies, nie lepszy od ludzi!...