Pokój został oświetlony. Jednocześnie słychać było trzask płonącego dachu. Dym gryzł oczy, ze wszystkich stron grzało.
Anielka stała obok fotela zupełnie ubrana, bez ruchu. Chłop wziął ją na ręce i wyniósł przed ganek.
— Mamę!... mamę i Józia ratujcie!...
Chłop wrócił do pokoju, a za nim Anielka.
— Uciekaj, panienko!...
— Mama!... mama!...
Gajda zobaczył na łóżku postać skurczoną, całkiem zawiniętą w kołdrę. Była to matka. Poruszył ją, ale ona ze strasznym krzykiem chwyciła się oburącz krawędzi łóżka, jakby broniąc się. Ledwie oderwał ją i wyniósł na dziedziniec.
Tymczasem Anielka dźwigała Józia, lecz była tak zmieszana, dym tak ją otoczył, że nie trafiła do drzwi. Potknęła się o coś i upadła.
Szczęściem wyprowadził ją Gajda unosząc zarazem Józia. Potem usadziwszy ich obok matki wrócił do pokoju już gorącego jak piec i zaczął wyrzucać na ogród wszystko bez różnicy: odzież, pościel, biurko i krzesła.
Cały dach ogarnęły płomienie, szyby pękały, ze szczelin sufitu wydobywał się ogień. Gałązki i liście drzew, stojących przy dworze, poczęły się tlić. Dokoła domu było jasno jak w dzień, dym bijący w górę zasłaniał chwilami gwiazdy półprzezroczystą gazą. Koguty we wsi, myśląc, że już świta, zaczęły piać. W miasteczku dzwon kościelny uderzał na trwogę.