Na dziedzińcu, wprost ganku zebrali się ludzie folwarczni. Na pół nagie dziewki zawodziły płaczem, parobcy kręcili się nieprzytomni.

— Wyprowadźcie Gajdę!... on tam jest w pokoju — zawołała Anielka, otulając matkę kołdrą.

— Gajdo!... Gajdo!... — krzyczeli parobcy. Ale żaden nie ruszył się, bo już było gorąco i niebezpiecznie.

Wtem na prawym skrzydle domu zatrzeszczały krokwie i facjatka zapadła się na sufit. W chwilę później zegar w żółtej szafce wydzwonił cienko i prędko trzy kwadranse, przypominając, że i jego trzeba ratować.

Jeszcze chwila i rozległ się ogromny huk. Sufit spadł na podłogę, wypychając uragan płomieni. Niestrudzony zegar skończył swoją wędrówkę.

Teraz dopiero wyszedł Gajda z pokoju matki. Odzież i włosy tliły się na nim, był skrwawiony i okopcony.

Tymczasem poczęli nadbiegać ludzie ze wsi z drabinami, siekierami, bosakami i wiadrami. Jeden z parobczaków wylał na Gajdę konewkę wody i stłumił ogień, który już całego chłopa ogarniał.

O ratunku domu mowy być nawet nie mogło. Płomienie wydobywały się wszystkimi oknami, w pokojach gorzały meble i tliły się tapety. Piece pękały, sufit za sufitem upadał wśród wybuchów iskier i dymu.

W kilka minut później ogień nurtujący wnętrze domu zniżył się do wysokości murów. Paliły się już tylko podłogi.

Wieśniacy ochłonąwszy z przerażenia, poczęli rozmawiać między sobą.