— Skąd się ogień wziął, patrzta ino?...
— Może kto podpalił?...
— Zwyczajnie, kara boska na dziedzica.
— Widzicie, jak się zestrachała pani.
— Nie gada nic, ino patrzy przed siebie...
— Wszystko im się spaliło.
— Nie wszystko — wtrącił Gajda. — Pójdźta ze mną na ogród, to przyniesiemy im resztę szmat, żeby się mieli w co odziać.
Paru gospodarzy poszło i poczęli znosić poduszki, prześcieradła, odzienie i ułamki sprzętów, które Gajda ocalił.
Dziewki folwarczne przeprowadziły tymczasem panią i dzieci do kuchni.
Dziedziczka, ubierając się, zaczęła płakać.