Uprzątnięto naprędce tapczan, położono na nim parę garści siana, materac, poduszkę. Dziewuchy folwarczne zasłoniły chustkami i płachtami okna, a potem ułożyły razem spać: matkę, Anielkę i Józia. Biedacy potrzebowali spoczynku.

Słońce weszło i pogorzelisko już gasło. Z niedopalonych belek sączyły się w górę strumienie białego dymu. Wiatr rozrzucał szary popiół i podsycał dogorywające iskry. Nad dziedzińcem unosił się odurzający swąd.

Oparty o płot stał Gajda i bezmyślnie patrząc na zgliszcza, mruknął:

— Na nic się nie zdało!...

— Co na nic?... — spytał Szmul obserwujący go z boku.

W pierwszej chwili chłop zdawał się być zmieszany. Wnet jednak zapanował nad sobą i odparł spokojnie:

— Jużci na nic zdało się to, że gospodarze chodzili do pani i chcieli układać się za trzy morgi.

— Aha!... wy o tym mówicie?... Ja myślałem, że o tym... — odpowiedział Szmul, wskazując na ruinę domu.

Chłop znowu zmieszał się.

— A co mnie to obchodzi!... Ja zrobiłem, com mógł...