Przez chwilę panowało przykre milczenie.

— Żartujesz chyba, Szmulu — wtrąciła pani. — Majątek nie mógł być sprzedany...

— Wczoraj podpisali kontrakt i wypłacili wierzycielom pieniądze. Sam byłem przy tym. Jeszcze pan kazał prosić, ażeby jaśnie pani wyjechała na tamten drugi folwark, co w nim karbowy rządzi... I to trzeba jechać dziś, bo Niemców ino co nie widać.

— Nieszczęśliwa ja jestem z tym człowiekiem! — lamentowała pani, bez względu na obecność ludzi obcych. — Nigdy w domu nie siedział, tracił majątek i teraz zostawia nas pod gołym niebem.

— Z nami się pan układać nie chciał!... Wolał wszystkich skrzywdzić... — odezwał się jeden z gospodarzy.

— A ja taka chora — jęczała pani. — Nie mam nawet ubrać się w co z dziećmi, nie mam łyżki strawy za mój posag...

— Ja już o sobie nawet nie mówię — wtrącił Żyd. — Tyle lat prosiłem pana, żeby mi młyn wystawił, wszystko na nic!...

— Za to też go Bóg pokarał i jeszcze skarze! — mruknął któryś z chłopów.

Słuchając tych uwag i narzekań Anielka siedziała na ławce, ze splecionymi rękoma, mocno oparta o ścianę. Postać jej zaniepokoiła widać Żyda, który zbliżył się do niej i ostrożnie dotknął jej ramienia. Wtedy Anielka osunęła się na ławkę, bez ruchu i przytomności.

Poczęto ją rozcierać i kropić wodą. Ocknęła się, otworzyła oczy i znowu zemdlała.