Anielka przeleżała jeszcze dzień, przysłuchując się narzekaniom matki i Józia.
Na śniadanie kobieta przyniosła im mleko i czarny, ościsty chleb.
Józio rozpłakał się.
— Ja nie mogę tego chleba jeść, bo przecie ja jestem osłabiony... — rzekł.
— Cóż będziesz jadł, biedne dziecko, kiedy nie ma nic innego?... O, ten Jaś!... ten Jaś!... sam pewno łakotki120 zajada, a my umieramy z głodu!... — odpowiedziała mama.
Trzeba było jednak zjeść czarny chleb, co też Józio zrobił nie bez wstrętu.
— Mamo!... — rzekł niebawem — ja nie mam na czym siedzieć...
— To pochodź sobie, moje dziecko... wyjdź przed dom...
— Ja nie mogę chodzić, bo ja przecie jestem chory...
— Józiu! — odezwała się Anielka — naprawdę, pochodź sobie, będziesz zdrowszy...