— Nie będę zdrowszy — przerwał Józio gniewnie. — Prawda, proszę mamy, że ja nie będę zdrowszy?...
Pani westchnęła.
— Moje dziecko, czy ja wiem?... A może tobie istotnie spacer posłuży?...
— A dlaczego mama mówiła w domu, żebym nigdy nie chodził?...
— Widzisz, w domu co innego, a tu co innego... Pobiegaj sobie trochę — odparła matka.
Józio nie od razu usłuchał, lecz widząc, że od stania nogi bolą, przeszedł ostrożnie próg. Wydostawszy się do sieni, zobaczył tam króliki, które przed nim uciekły. Zaciekawiły go, więc poszedł za nimi aż na dziedziniec, a nawet okrążył dom.
Była to pierwsza jego samowolna wycieczka, po której, bardzo zasępiony, położył się spać obok Anielki. Po obiedzie jednak, złożonym z zacierek i ziemniaków, wyszedł z matką już na dłuższy spacer.
Chodzili ze trzy kwadranse. Gdy wrócili, Józio był ciągle zachmurzony i nieco rzeźwiejszy, ale matka zmęczona. Jemu zmiana życia posłużyła, matce widać koniecznie były potrzebne łóżko i lekarstwa.
Na drugi dzień dopiero wstała Anielka, może trochę spokojniejsza, lecz nie zdrowsza. Nie bolało ją nic, czuła tylko znużenie i brak sił. Po gwałtownych przejściach powinna była odpocząć jakiś czas w miejscu zdrowym, wśród wesołego towarzystwa. Tu brakowało jednego i drugiego.
Cała okolica przesiąknięta była wilgocią. Noce odznaczały się surowym chłodem, dni parnością. Przy tym widok był ponury. Dokoła domu drzewa ani śladu, ani krzaków. Woda brzydka, z czarnym dnem, popstrzona kępami, zasypana tatarakiem. Czarny las o wiorstę stąd szumiał dziko i wyglądał nie weselej. Głosy ptaków były dziwne. Bąk121 nawet przestraszył Anielkę. Wzgórza otaczające ze wszech stron folwark zasłaniały wsie sąsiednie, w ogóle dość odległe.