Bliżej otaczało ją wielkie ubóstwo. Na domu strzecha już pozieleniała, mocniejszy wiatr przedmuchiwał ściany, stodoła obdarta chyliła się do upadku. Dwa woły, para krów i koń były chude i posępne.

Z ludźmi było jeszcze gorzej. Matka narzekała, Józio bał się swojej choroby, żona karbowego wspominała zmarłe dzieci, karbowy zwykle siedział za domem, a gdy wrócił — milczał.

Był to człowiek niski i krępy. Nosił zgrzebną koszulę wyłożoną na takież majtki, słomiany kapelusz z obdartym rondem i łapcie z łyka. Twarz pomimo to miał uczciwą i spojrzenie rozumne, choć smutne. Rozgadywał się tylko wówczas, gdy mu się w nocy nad bagnem ukazywały ogniste duchy.

Nazywał się Zając.

Trzeciego dnia przyjechał Szmul i przywiózł chleba, bułek, masła, szmalcu, mąki, cukru, herbaty i parę krzeseł. Witano go jak Mesjasza.

— Co tam słychać? — zawołała pani — mówże nam...

— Aj! dużo słychać... Niemcy już są we wsi i będą spalony dwór przerabiać na gorzelnię. Wszyscy ogromnie żałują jaśnie pani, a ksiądz dziekan ma tu przysłać kur i kaczek...

— Czy mąż nie pisał do mnie?...

— Byłem na poczcie, ale listu nie ma. Za to pani Weiss kazała się jaśnie pani kłaniać...

Anielka zbladła.