— Co to za pani Weiss?

— To jest jedna wdowa po naczelniku od liwerunku122, bardzo porządna osoba. A jaka bogata!... Więc ona powiedziała do mnie, żebym się delikatnie zapytał, czy jaśnie pani nie zechce mieszkać u niej z dziećmi. Ona za to nic nie weźmie... A jak jaśnie pani zgodzi się, to ona tu przyjedzie karetą na znajomość i sama jaśnie panią zaprosi...

— Ja nie znam tej kobiety — przerwała pani.

— To nic!... Ale ona zna jaśnie pana... i bardzo go lubi...

Pani coś przypomniała sobie.

— Nie myślę robić znajomości z takimi kobietami — odparła. — Wolałabym umrzeć z głodu...

Anielkę ostry ból przeszył. Ona wciąż pamiętała rozmowę, w której Szmul zachęcał ojca do żenienia się z tą panią po śmierci matki. Nie widząc, znienawidziła ją.

— Ach, ta pani Weiss!...

Dzień zeszedł im nieco weselej. Wprawdzie Szmul wkrótce wyjechał, obiecując, że wróci z listem od ojca, ale za to karbowa ugotowała im herbaty w garnuszku. Józio, skosztowawszy herbaty, aż w ręce klasnął i obiecywał, że pójdzie kiedyś do lasu na jagody. Matka parę razy uśmiechnęła się. Anielce trochę sił przybyło, choć na krótko.

Następnego dnia Anielka czuła się jeszcze rzeźwiejsza, a dowiedziawszy się, że z niedalekiego wzgórka widać jakąś wioskę, poszła tam, aby choć dachy mieszkań ludzkich zobaczyć. Tu znalazła wiernego Karuska, który zdechł w jej rękach.