Z początku próbowała go cucić, podnosiła, trzęsła nim. Ale pies był ciężki, łamał się i głowa mu opadała. Był tak schudzony i pokaleczony, iż dziewczynka odgadła, że nie ma już dla niego ratunku, że go nic nie wskrzesi.
Gorzko zapłakała nad biednym psem i — co chwilę oglądając się — powoli wracała do domu. O spotkaniu z Karuskiem nie wspomniała przed matką, lękając się jej żalu.
Odtąd poczęła ją dręczyć tęsknota, nieznana jej dotychczas.
Nieraz marzyła na jawie. Zdawało jej się, że jest w dawnym mieszkaniu, że wyszła z niego na spacer. Karusek biegł za nią, ale gdzieś się schował. W domu czeka na nią panna Walentyna z lekcjami, matka siedzi na fotelu, a Józio na swoim wysokim stołku.
Wszystko jest tak, jak było dawniej: dom, ogród, sadzawka. Potrzebuje się tylko odwrócić, aby zobaczyć; potrzebuje tylko zawołać, aby przybiegł Karusek.
Spoglądała i — widziała na czarnej wodzie wyblakłe zielone kępy albo tatarak smutnie szumiący.
Wówczas z nieprzepartą siłą stawał jej na oczach spalony dom bez dachu. Okna były u góry okopcone, okiennice zwieszały się, dzikie wino około ganku wyglądało jak sploty czarnych wężów. Szklana altanka była zdruzgotana, pokoje przepalone i zarzucone stosem głowni osobliwych form. Drzewa przytykające do domu w połowie były okryte liśćmi, a w połowie — obnażone z nich — straszyły spieczonymi gałęziami.
Oprzytomniała znowu zbudzona krzykiem ptaka nocnego. W przerwach — jaka tu cisza... Przez lekką sukienkę wpijała w nią kły wilgoć bagnisk. Czuła chłód i dreszcze. Jak tu pusto, nie ma drzew, jaka wierzbina drobna... Nie jestże to ziemia umarła i już gnijąca?... Czy nie głodzi ona roślin i zwierząt, czy nie zabiła trojga dzieci karbowych, czy nie zabije ich wszystkich?... Karusek, ledwie tu stąpił, zdechł!...
Słońce, które niegdyś tak ożywiało Anielkę, rzuca światło blade; niebo też nie jest równie błękitne, jak było tam nad ogrodem, jakie przeglądało się w sadzawce. Pierwszy raz uczuła Anielka nieokreślone pragnienie oderwania się od ziemi ponad surowe mgły, do słońca jasnego i nieba tak czystego, jak nad ich domem.
Chwilami przychodziło jej na myśl, że gdyby tu drzewa posadzić, byłoby może choć trochę weselej. Ale drzewo nie wyrasta od razu wysokie. Trzeba czekać całe lata, dziesiątki lat...