— Nie wychodź wieczorami na spacer, każ palić na kominie, wodę pij ostrożnie. Tu jest dziwny kąt. Ja tu czuję aż w kościach zgniłą wilgoć. Trzeba się strzec.

Anielka ze swej strony prosiła matkę o jak najdłuższe i najczęstsze listy. Zasyłała pocałunki ciotce i pannie Walentynie (ale ciotce więcej) i prosiła, aby matka wracała, jak tylko zobaczy się z babką.

Z rana pani powierzyła swoje dzieci Zającowi i jego żonie, zaklinając ich, aby dbali o nie jak o własne.

— Tak będziemy usługiwali panience i paniczowi jak teraz — rzekł karbowy. — Złego im się przez ten czas nic nie stanie, byle tylko Pan Bóg dał, żebyście państwo wyjechali stąd prędzej, bo tu dla was złe powietrze...

Około siódmej przyjechał Szmul i popasał.

Matkę opanowała wielka trwoga. Sprzedaż majątku, choroba, pożar, wyjazd męża, nędza — wszystko to były nieszczęścia, ale mniejsze od tego, jakie ją dziś ma spotkać.

Opuści dzieci swoje!...

Łatwo to mówić: wyjadę na kilka dni, zostawię je... Ale ciężko wyjechać i zostawić! Pani zrosła się z dziećmi. One były niemal organami jej ciała. Zawsze je słyszała, patrzyła na nie, czuła ich obecność. Zapomniała już o tym, że świat istniał niegdyś dla niej bez dzieci. Strata dzieci choćby na kilka dni robiła na niej takie wrażenie, jak na zwykłym człowieku zrobiłoby nagle zniknięcie ziemi, po której stąpa. Dzieci były czymś tak połączonym z nią w jej myślach, jak ciężar i wymiar z przedmiotami materialnymi. Gdyby ogromny kamień stał się lekki jak piórko i przenikliwy jak dym, zdziwiłaby się niesłychanie. Ale to, że się ma z dziećmi rozstać — dziwiło ją i bolało.

Toteż ta kobieta, zwykle wyrzekająca, płaksiwa, rozdrażniona, uspokoiła się przynajmniej na pozór. W duszy starała się odpychać myśl o wyjeździe. Mówiła sobie: „wrócę za parę dni, jutro...”.

„Nie — to za długo. Wrócę za parę godzin. Tylko parę godzin nie będę wiedziała, co się z nimi dzieje. O Boże! jak jest ciężko...”