Anielce do żalu za matką przybywało poczucie odpowiedzialności za Józia. Co ona zrobi, gdyby tam w mieście matka potrzebowała jej pomocy?...
Kwestie te rozwijały się na tle przywiązania i przyzwyczajenia. I ona nigdy nie była bez matki, i jej rozstanie z matką wydawało się faktem nie tylko bolesnym, ale nadnaturalnym.
Nie myślała o tym, że ludzie wyjeżdżają i wracają, z czym mógł ją przecie oswoić ojciec. Ale dlatego właśnie, że ją tak przyzwyczaił do nieobecności swojej, uważała go za istotę różną od matki. Można się ze wszystkim rozdzielić, byle nie z matką.
Zresztą w innym czasie, w pomyślności, przy zdrowiu, mniej obszedłby ją wyjazd matki. Wesoły duch wesoło patrzy w przyszłość. Ale po tylu klęskach, tylu boleściach, jakie ją dotknęły, czy mogła odegnać przeczucie, że wyjazd ten jest nową klęską i boleścią? Dokoła niej wszystko padało albo uciekało bezpowrotnie. Domu już nigdy nie zobaczy, Karuska także, ojca — któż zgadnie? Może i z matką już rozdzieli się na zawsze...
Szmul nie naglił do wyjazdu, ale popasłszy zebrał resztę siana, pochował torby i zaprzągł konie. Potem widząc, że i to nie skutkuje, usiadł na przedzie wozu i zajechał pode drzwi chaty.
Karbowa ofiarowała pani swoją dużą, kraciastą chustkę i nowe trzewiki. Pani przyjęła chustkę z podziękowaniem, ale trzewików nie chciała.
Wreszcie Zając wyniósł stołek przed dom, aby pani łatwiej było wsiąść.
Józio zaczął płakać.
— Joseph! ne pleure pas...126 Któż znowu widział?... Mama niedługo wróci! — upominała go pani blada jak wosk gromnicy. — Moja Zającowa! — dodała — zostawiam wam trzy ruble... Czuwajcie nad dziećmi... Wynagrodzę was, bardzo wynagrodzę, gdy Bóg odmieni nasz los...
— Mamo! my mamę odprowadzimy do lasu... — szepnęła Anielka.