Très-bien, mes enfants!127 odprowadźcie mnie. Mogę przejść się z wami... Tak długo będę siedziała... Jedź, Szmulu, naprzód...

Szmul zaciął konie i ruszył z wolna. O kilkanaście kroków dalej szła matka ,trzymając Józia za rękę, a przy niej Anielka. Za nimi wlekli się oboje karbowi.

I matka, i Anielka odsuwały ostatnią chwilę. Ciężko im było żegnać się.

— Prezesowa pewnie już jest w domu — mówiła matka. — Jutro zobaczę się z nią, a pojutrze przyjedzie po was ciocia Andzia. Józio niech będzie grzeczny, to mu kupię kozaka, takiego, jak miał.

Zagadywała tak siebie i dzieci, nie chcąc myśleć o rozstaniu. Patrzyła na drogę. Do lasu było jeszcze daleko. Może ta droga nigdy się nie skończy?... Szli wolno, drobnymi krokami, ociągając się.

— Tu nawet jest ładnie — mówiła matka. — W lesie będziecie mogli zbierać sobie jagody, w domu bawcie się z kurkami i królikami. Poproście kiedy Zająca, ażeby was podwiózł za las, tam zobaczycie wieś, będziecie w kościele...

— Ale mama do nas zaraz napisze? — spytała Anielka.

— Naturalnie! Szmul jutro wróci, wszystko wam opowie... Kupię ci papieru, atramentu i piór i przyślę, ażebyś i ty do mnie pisała. Szkoda, że tu tak poczta daleko... Przyślę wam jeszcze książeczek, elementarz dla Józia... Ty, Anielciu, ażebyś miała rozrywkę, ucz go abecadła...

Była bardzo zmęczona. Karbowy więc podsadził ją na furmankę i dzieci obok niej, ażeby odprowadziły ją do lasu.

Na brzegu Szmul stanął i oglądając się rzekł: