— Ho! ho! jak stąd daleko do folwarku... Panienka i panicz muszą się już wrócić.
Anielka nie mogła łez powstrzymać. Klękła w ciasnej bryce i całowała kolana matki.
— Mama wróci do nas?... — szeptała. — Mama nie opuści nas tak, jak...
Nie mogła dokończyć.
Matka tuliła głowy obojga i nagle zawołała:
— Szmulu, nawróć... ja nie pojadę bez nich...
Szmul zaczął perswadować.
— Aj! jakie jaśnie państwo grymaśne!... Czy to ja nie odjeżdżam od moich dzieci?... Mnie interesa całymi tygodniami trzymają za domem... Nikt takich zbytków nie wyrabia jak jaśnie państwo. To nawet grzech!... Przecie tu chodzi o jaśnie panią i o dzieci, o ich los. Ja dziś odwiozę jaśnie panią, a za tydzień, może pojutrze, odwiozę panienkę i panicza. Teraz niech państwo nie myślą o tym, że źle jest żegnać się, ale o tym, że dobrze witać się. Ja wiem, że od tej pory Pan Bóg wszystko odmieni na dobre, bo na świecie nigdy tak nie jest, ażeby jednemu było wciąż źle.
— Nie płacz, Józiu! — rzekła Anielka. — Przecie Szmul często z domu wyjeżdża i zawsze wraca wesoły.
Karbowy zsadził Józia i Anielkę z wozu.