— Za kilka dni będziemy znowu z mamą — mówiła Anielka. — My tu zostajemy z karbowymi, ze swoimi... Mama także nie jest przecie sama, tylko Szmul z nią. Nikomu nie stanie się nic złego. Szmul nam wszystko opowie o mamie, a mamie o nas...

Pani przeżegnała dzieci i karbowych. Szmul zaciął konie. Chwilę jeszcze biegła za wozem Anielka, później stanęli oboje z Józiem, wyciągając ręce do matki.

Droga przez las z początku szła prosto.

Patrzyli oboje na wóz, a matka na nich. Potem Szmul skręcił.

Karbowa już poszła ku domowi, karbowy został.

— Chodźta, panicze! — rzekł. — Pobiegajcie se po lesie i nazbierajcie jagód. Będzie wam weselej...

Dzieci usłuchały go. Karbowy porobił im pudełka z kory i oprowadzał po miejscach, gdzie rosły jagody czarne i poziomki w wielkiej obfitości. Pokazał im też dużego dzięcioła, który kuł w spróchniałą gałąź, aby wystraszyć robaka, a później wiewiórkę, która siedząc na szczycie sosny, obierała młode szyszki.

Oglądali także wielkie mrowiska, paproć, której kwiat daje ludziom wiedzę o ukrytych skarbach, i leżeli na mchu. Anielka mniej tęskniła, a Józio był zupełnie wesoły na tym spacerze. Umówili się z karbowym, że gdy mama będzie wracać, wyjdą naprzeciw niej z jagodami.

O, jakaż to uciecha będzie!

Rozdział czternasty. Smutne dnie