Zobaczył taflę wody podobną do czarnego lustra, a w nim swój wizerunek jakby w ramy ujęty, na tle pogodnego nieba, które w głębi zdawało się być ciemniejsze niż na dworze. Ze starych desek cembrowiny krople niekiedy padały na wodę, wydając różnej wysokości tony ciche. Były one podobne do brzęku odległych dzwonków. Niekiedy ptak przelatywał nad studnią, a wówczas zdawało się Józiowi, że to tak głęboko coś lata.

„Czy to jest tamten świat?” — myślał Józio i w dalszym ciągu wyobrażał sobie srebrne pałace ze złotymi dachami, drzewa rodzące drogie kamienie, i ptaki, które przemawiały ludzkim językiem. Słyszał on niegdyś o tych rzeczach od piastunki, a może i od matki. Pamiętał nawet, że kraje te zwiedził pewnego razu chłopczyk w jego wieku i przyniósł z nich lampę czarodziejską.

Ułożył sobie projekt, że gdy urośnie, to puści się do podziemnej krainy. Dopieroż będzie miał o czym opowiadać!... Tymczasem spojrzał jeszcze raz na chatę, w której leżała chora siostra, a potem — wziąwszy stare sito, poszedł między kępy ryby łapać. Wkrótce zapomniał o chacie, siostrze i tamtym świecie, pogrążony w zabawie.

Anielka wciąż bredziła.

Chwilami wiedziała, gdzie jest, patrzyła na karbową krzątającą się około komina i słyszała żwawe gulgotanie gotującego się krupniku.

Potem zdawało się jej, że chodzi po cienistym lesie, po mchu ciemnozielonym i miękkim i że nie wiadomo, skąd dolatuje ją zapach malin. To znowu nie widziała, nie słyszała i nie czuła nic.

Znęcone ciszą, wysunęły się na środek izby dwa białe króliki. Większy znalazł kilka listków zieleniny i jadł ją, zwróciwszy na Anielkę czerwone oko. Mniejszy chciał także skosztować, ale ponieważ był nieśmiały, więc ruszał tylko długimi wąsami i co chwilę służył jak piesek.

— Karuś! — zawołała Anielka, patrząc na nich.

Króliki nadstawiły długich uszu i zobaczywszy wyciągniętą rękę dziewczynki, uciekły do swej nory, mocno rzucając tylnymi nogami.

— Karusek! — powtórzyła Anielka.