— Nie wiesz, czy mówiła co dzieciom o matce?...
— Mówiła, że matka, niby nasza dziedziczka, pojechała do Warszawy.
— A!... I nic więcej?...
— Jeszcze, że się kazała kłaniać i że niedługo zabierze ich od tela...
— A!...
Pani poszła dalej ku folwarkowi, a pan za nią — wciąż mamrocząc. Dama była w czarnej, powłóczystej sukni i aksamitnej narzutce. Gdy suknię uniosła, karbowy zobaczył rurkowaną spódnicę, białą jak śnieg.
„Może to taka koszula u niej?...” — pomyślał, nie rozumiejąc powodu, dla którego wielkie damy miałyby nosić więcej spódnic niż jedną.
Nad zadumanym karbowym parsknął koń licowy. Chłop cofnął się i począł z wolna iść za powozem.
„To ci muszą być państwo, kiedy jeżdżą lustrzaną karytą! — myślał chłop. — Jak się to jucha błyszczy! Przejrzeć by się można w tym dziwowisku...”
I począł się przeglądać, ale to, co zobaczył, wprawiło go w ostateczne zdumienie. Tylna ściana powozu tworzyła wklęśniętą powierzchnię walcową. Skutkiem tego chłop widział w niej wszystko szerokie, małe i do góry nogami przewrócone. Nad spiczastym niebem leżała droga, w głębi wąska, bliżej rozszerzająca się nagle. On sam miał głowę jak dynię, umieszczoną poniżej nóg krótkich jak palce przy grabiach. Gdy rękę w stronę powozu wyciągnął, ta rosła mu jak ciasto na drożdżach i całą jego figurę zasłoniła.