— Czy pani jest babcia nasza czy druga ciocia? Czy pani od mamy przychodzi?...

Dama drgnęła.

— Przyjechałam zabrać was. Czy pojedziesz ze mną?...

— A gdzie to?... Do mamy?... Czy może już do naszego domu?... Tak bym chciała być w ogrodzie... Taki chłód...

— Czego ty płaczesz, dziecino? — pytała dama, pochylając się nad nią. Wtem cofnęła się. Zaleciał ją gorączkowy oddech dziecka. Ale gdy spojrzała na twarz Anielki, białą, chorobliwym rumieńcem oblaną, na jej oczy wielkie, dobre i smutne, gdy pomyślała o niezmiernym nieszczęściu dziecka bez winy, odwróciła głowę — nie mogąc łez powstrzymać.

Po chwili Anielka przymknęła powieki. Zdawało się, że wysilona rozmową, drzemie. Pani po raz drugi mazaną chustką owinęła jej główkę, a potem wyszła do sieni.

— Krzysztofie — rzekła do onego, co był z pańska ubrany — jedź natychmiast do domu bryczką.

— Słucham jaśnie pani.

— Każ w salonie od ogrodu ustawić na środku łóżko... Poślij po doktora do miasteczka i telegrafuj do Warszawy po drugiego. Rządca da ci adres.

Kamerdyner ukłonił się, ale stał, jakby pragnąc zrobić swoją uwagę.