— Chcesz co powiedzieć?...
— Sądzę — odpadł z deklamacją — że jaśnie pani nie może tu zostać bez usługi.
— Kiedyż my zaraz wszyscy stąd wyjeżdżamy, byle tylko chora uspokoiła się trochę.
— Jaśnie pani nie wypada jeździć z chorymi. To rzecz doktorów i zakonnic.
Dama zarumieniła się i zawahała, jakby uznając biegłość Krzysztofa w sprawach tego rodzaju. Z drugiej przecie strony nie podobały się jej te uwagi, więc odparła sucho:
— Rób, co każę!...
— Skoro jaśnie pani każe, jadę; ale za nic nie odpowiadam! — odezwał się Krzysztof z zimnym ukłonem.
— Zresztą — dodał — muszę pozwolić koniom, aby wytchnęły.
Pani wróciła do Anielki, rozmyślając nad niestosownością obsługiwania chorych. Potem usiadła przy tapczanie i z rzewnym uczuciem wpatrywała się w oblicze dziecka.
„Jak ona podobna do niego! — mówiła sobie. — Te same usta... Ta krew... Biedny człowiek! muszę mu wynagrodzić wszystko, co dziś cierpi...”