Krzysztof odparł po namyśle:

— Jest on, co prawda, w złych interesach... no!... Ale nazwisko, stosunki, szyk...

— Może?

— To pan z panów!... Książęce znalezienie się... Gdyby nie wzgląd na niego, rzuciłbym ten obowiązek. Ale przy nim człowiek odżyje... Inne stanowisko, inne uważanie!... A i wy będziecie odtąd nosili na guzikach prawdziwy herb, nie jakiegoś tam lwa z pochodnią. To błazeństwo!...

— O!... — wtrącił stangret.

— Ba!... — zakończył pan Krzysztof.

— No, ale do widzenia! Jadę urządzić dom na przyjęcie dzieci i rozesłać ludzi po doktorów.

To mówiąc, dotknął dwoma palcami brzegu okrągłego kapelusza.

Adieu!132 — rzekł stangret, z szacunkiem kłaniając się starszemu koledze.

Pan Krzysztof pełnym godności krokiem zbliżył się pod chatę, począł powoli naciągać zdjęte przed chwilą rękawiczki i krzyknął na furmana z bryczką: