— Przebierz się więc prędko, moja kobiecino, jeżeli masz w co, bo czasu tracić nie możemy — zakończyła pani.

Przerażona karbowa wybiegła szukać męża. Stał on pod chatą i ciągle przypatrywał się powozowi.

— Słyszysz, a dyć mi jaśnie pani jechać każą!... — zawołała z płaczem.

— Gdzie?

— A bo ja wiem gdzie?... Z dziećmi, i tyle... O, nieszczęście ty moje!...

Dama, usłyszawszy lament karbowej, wyszła przed sień, aby uspokoić niebogę. Karbowy chwycił ją za nogi i począł prosić.

— O, jaśnie pani, zmiłuj się nade mną i zostawcie mi kobietę. Ja tu i dnia jednego bez niej nie wytrzymam, a nie dopiero żeby ona w taką straszną drogę jechała!...

Pani zdziwiła się.

— O jakiej drodze mówisz, człowieku? — spytała. — Mieszkam o milę stąd, w Wólce... Jak tylko panienka przyjdzie do sił, odeślę ci żonę, ale teraz musi być ktoś znajomy przy chorym dziecku.

— We Wólce?... to tam niby w pałacu?... — spytał chłop.