— Tak, w pałacu.
— No, ale jakże ja tu sam zostanę?... Niech się jaśnie pani zlitują...
Dama wydobyła portmonetę.
— Masz tu, człowieku, pięć rubli. Żonie dam dwadzieścia... dam i więcej wreszcie, byle troskliwie obsługiwała panienkę... Dziecku w obcym miejscu będzie przykro bez znajomych... A jak pan przyjedzie, każe wam tu lepsze budynki postawić, da wam większą pensję i już będziecie mieli utrzymanie do końca życia.
Karbowy spoglądał to na pięć rubli, to na damę i słuchał. W końcu rzekł do swej kobiety:
— No, ubieraj się, Jagna!... Czy nie słyszysz, co ci jaśnie pani gada?
Samej karbowej ów pałac w Wólce i obietnice wydały się tak wspaniałe, że wnet pobiegła do izby, przewróciła do góry nogami skrzynię i w kilka minut wyszła ubrana jak na odpust. Nie zapomniała włożyć na szyję paciorków i wziąć w ręce trzewików.
— Dlaczego ich na nogi nie kładziesz? — spytała pani.
— Jużci prawda! — szepnęła karbowa i ozdobiła wielkimi trzewikami swoje czerwone nogi.
Powóz zajechał przed sień. Karbowa wzięła Anielkę w objęcia jak małe dziecko i ułożyła ją w rogu siedzenia, sama zajmując miejsce na przodzie. Obok Anielki usiadła dama, a Józio już był na koźle.