Powóz ruszył noga za nogą.
— Bądź zdrów, mój człowieku! — rzekła pani do karbowego, który wyglądał jak skazaniec.
Karbowa nie pożegnała się nawet z mężem. On w ciężkim kłopocie zapomniał o tej formalności, ona zaś myślała o tym tylko — że jedzie czterokonną karetą. Zhardziała kobiecina na dobre i choćby jej mąż kazał wracać do domu, choćby ją miał zbić za powrotem, nie porzuciłaby już swego siedzenia.
Ale chłopu nie przyszło do głowy sprzeciwiać się rozkazowi jaśnie pani, choć okrutnie bolało go serce. Szedł więc biedak o kilkanaście kroków za powozem, patrzył w żonę jak w tęczę i na migi pokazywał jej, że bardzo cierpi. Rozkładał i załamywał ręce, ściskał pięści, a w końcu zaczął targać długie włosy.
— O, daj mi ta spokój... — wybuchnęła zniecierpliwiona kobieta.
— Co to znaczy?... — spytała ją pani, zdziwiona niespodzianym wykrzyknikiem.
— Abo idzie za karytą jak cielę za krową i drze się za łeb... Głupi czy co?...
Pani odwróciwszy się do karbowego zobaczyła jakąś cząstkę jego pantomim.
— No, mój człowieku — rzekła — jeżeli masz tak rozpaczać po żonie, to już lepiej nie czekając na nią, przyjdź sam do Wólki...
— A kiej przyjść, jaśnie pani?... — spytał.