Ciocia Andzia nagle posmutniała.
— Podobno w ostatnich czasach — mówiła baronowa — ona mieszkała w domu pani... Tam także... Biedne dzieci...
— Właśnie chcę pani podziękować za jej zacną opiekę...
— O, to był mój obowiązek — przerwała baronowa prędko.
— Przyjechałam też, aby dzieci zabrać... Bo ja w tych dniach — mówiła ciotka z odcieniem zakłopotania — otrzymałam miejsce u jednego zacnego kanonika...
Baronowa poruszyła się na kanapie.
— Ale że to człowiek dostatni i bardzo dobry, więc pozwolił mi sprowadzić dzieci do siebie. Wypłacił mi nawet pensję za kwartał, aby im kupić, co potrzeba...
— Nie wydaje mi się to miejsce stosownym dla dzieci, nawet tymczasowo — rzekła baronowa.
— Przysięgłam Meci, że ich, biedaków, nie opuszczę — przerwała prędko ciocia — i dotrzymam słowa. Majątku nie mam już od dawna, ale praca moja wystarczy nam, a poczciwy kanonik...
— Pani zdaje się nie wiedzieć o tym, że mnie pan Jan upoważnił do przewiezienia dzieci tutaj. Przeczyta pani list. Zresztą on sam za parę dni przyjedzie... Ale choćby nawet pan Jan nie nadał mi tych praw, to jeszcze nie mogłaby pani tak prędko zabrać dzieci, bo Anielka jest bardzo chora...