Ciotka spuściła głowę.
— Mamy tu dwu lekarzy — mówiła baronowa — w razie potrzeby możemy mieć ich więcej, choćby najznakomitszych w kraju. Anielka znajdzie wszelkie wygody.
— Więc ja — przerwała ciotka nieśmiało — mam już opuścić chore dziecko siostry?...
— Ależ nie!... — pochwyciła baronowa, wyciągając rękę do ciotki. — Ja właśnie liczę na to, że pani u nas jakiś czas zabawi.
A widząc wahanie się ciotki, poczęła nalegać.
— Bardzo panią proszę!... W domu moim panuje staropolska gościnność, tym bardziej dla osób... życzliwych... Znajdzie tu pani oddzielny apartament dla siebie... Będzie pani czuwać nad Anielcią...
Ciotka była zakłopotana.
— Doprawdy, że choć mi żal odmówić, nie śmiem jednak nadużywać uprzejmości pani...
— Niech pani dom ten uważa za własny, a mnie za... za szczerą przyjaciółkę. Zresztą pani wie, że nie ma w kraju dwóch rodzin, które by nie były spowinowacone ze sobą. My wszyscy jesteśmy krewni...
Ciotka, zdziwiona i wzruszona — uległa. Napisała do kanonika, prosząc go o urlop na parę dni, a następie udała się do pokoju Anielki.