— Gdzie jest mama?... — powtórzyła Anielka.
— Ja mówię o naszej mamie chrzestnej — odparł Józio, wskazując na baronowę.
Anielka upadła na łóżko i zakryła twarz rękoma.
Scena ta zakłopotała ciotkę Andzię, a jeszcze mocniej baronową, która zapytawszy, czy chora nie żąda niczego — wnet opuściła salon.
Zając istotnie przyjechał niekutym wozem, zaprzęgniętym we dwa chude woły. Na wozie umieścił skrzynię i przyodziewek, a z tyłu przyczepił konia i krowę.
Osobliwy ten kram parobcy przywitali starodawnym: „Pochwalony!”, dworscy lokaje serdecznymi śmiechami, a karbowa okrzykiem radości. Z rozkrzyżowanymi rękoma wybiegła baba naprzeciw męża, ale Zając przyjął ją cierpkim pytaniem:
— No... po chorobę ja się tu przywlekłem?...
— Ooo!... a tożeś się przecie sam jaśnie pani napraszał — odparła karbowa zdziwiona krótką pamięcią męża.
— A cóżem miał robić?...
Karbowa obraziła się.