— Dajże pokój, Anielciu, nie rań mi serca... — przerwała ciotka.
— Kiedy ja się nie boję, tylko... Ja nie wiem, jak się to umiera, i dlatego... tak mi smutno...
Skrzypnęły drzwi i na posadzkę upadła szeroka smuga światła. Weszła pani baronowa, trzymając Józia za rękę.
— Patrz, Anielciu! — krzyknął chłopiec — jak ja jestem ubrany... Mam buty i kurtkę aksamitną...
— Cicho, Józiu! Jakże się ma Anielcia? — spytała dama, stając nad łóżkiem chorej.
Ciotka Andzia pokiwała głową.
— Jeździłem dziś na koniu — mówił Józio — chodziłem z Krzysztofem po ogrodzie... Mama obiecała mi...
Anielka zerwała się.
— Gdzie mama? — krzyknęła, szeroko otwierając oczy.
Józio umilkł, pani baronowa cofnęła się od łóżka.