— Uspokój się, moje dziecko, zmów paciorek... — prosiła ciotka, widząc, że Anielkę zmęczyło to opowiadanie i że rumieńce wystąpiły jej na twarz.
W uchylonych drzwiach ukazał się stary proboszcz w białej komeżce. Anielkę nagły strach ogarnął.
— Czy to już ksiądz przyszedł? — zawołała. — O, jakże się boję!... Dlaczego tu tak ciemno?... Jak tu ciemno!...
— Oczy cię bolały i dlatego doktor kazał przymknąć żaluzje — szeptała ciotka.
— Już mnie nie bolą — przerwała Anielka. — Otwórzcie choć jedno okno. Zdaje mi się, że już jestem na cmentarzu, w tej kaplicy, gdzie leżą dziadek i babcia.
— Otwórzcie okna! — odezwał się proboszcz, siadając przy chorej.
Skrzypnęły żaluzje i jasny dzień wlał się do ponurego salonu. Ciotka wyszła, zakrywając oczy, ksiądz szeptał po łacinie, a za oknem wtórował mu szelest drzew i świergot ptaków.
— Módl się, moje dziecko... — rzekł proboszcz.
— Jak tam ładnie!... — odezwała się Anielka, wskazując na ogród. — Boże mój, Boże!... czy ja kiedy zobaczę dom nasz... mamę moją kochaną?...
Potem zaczęła bić się w piersi i spojrzała na księdza, czekając jego pytań.