I począł biegnąć kłusem.

Ale kareta wyprzedziła go znakomicie. Ledwie stanęła przed gankiem, wyskoczył z niej pan Jan, serdecznie powitał gospodynię domu, która wyszła na jego spotkanie, i zażądał, aby go natychmiast zaprowadzono do córki.

— W tej chwili ksiądz od niej wyszedł! — ostrzegła go baronowa.

Pan Jan zatrząsł się.

— Prowadźcie mnie do niej, niechże chociaż ją zastanę przy życiu... Na mojej drodze stają wciąż trumny i groby!...

Ciotka Andzia pośpieszyła naprzód; za nią pan Jan i baronowa weszli do salonu chorej.

— Jestem już... jestem, moja dziecino!... — zawołał troskliwie ojciec, biegnąc do łóżka.

Anielka ucieszyła się, choć nie tak gwałtownie, jak przewidywał lekarz.

— O, jak to dobrze, że tatko już przyjechał... Nam było źle...

Pan Jan ściskał ją i całował.