— Teraz nawet podpisu nie potrzeba, Meciu! — pochwycił mąż. — Dasz mi tylko na tydzień... dwa... twój naszyjnik...
— Malheur! malheur!53 — szepnęła pani.
— Najdalej za miesiąc będziesz miała wszystkie twoje klejnoty...
— Łez mi już wkrótce zabraknie...
— W początkach zaś października odwiozę cię do Warszawy, gdzie, o ile mi się zdaje, będziesz mogła przepędzić całą zimę...
— Tylko dla odzyskania zdrowia — szepnęła.
— No, i trochę dla rozrywki! — odparł mąż z uśmiechem. — Teatr, koncert, a nawet jakiś tańcujący wieczorek nie zaszkodzą ci.
— Zapewne tańczyć będę w tych przedpotopowych sukniach, które butwieją w szafie...
— No, no!... Ty wiesz, że kupisz sobie nowych, ile zechcesz.
Pani opuściła głowę na piersi i po chwilowym namyśle rzekła: