Wszyscy, zebrawszy się wieczorem około czworaków albo między stodołami, głośno rozprawiali o tym, że „już chyba z dziedzica nic nie będzie!”.
Tylko stangret, Jędrzej, który z panem od dziesięciu lat jeździł, oparłszy się na płocie, słuchał w milczeniu, palił fajeczkę, która umiała świergotać, i czasami mruknął:
— At! głupieśta wy...
— Albo co? — spytał go największy malkontent59, gumienny60.
— Bo to, żeśta głupi! — odparł Jędrzej i splunął. — Choćby i sprzedali ten folwark, to dziedzicowi jeszcze nic nie będzie.
— No, a gdzież on będzie mieszkał, jak go stąd wybronują61?
— W mieście, i lepiej niż tu.
— A co będzie jadł?
— Jużci, że to, czego z was żaden nie powącha.
— A z nią, jak i z dziećmi?