— Kiedy... nie mogę prosić...
Ojciec popatrzył na nią trochę niekontent i trochę zadowolony. Niekontent był z tego, że Anielka nie jest dość zręczna do usłużenia mu w obecnej chwili, cieszył się zaś, że jego nauki nie poszły w las. Ileż bo razy mówił jej, że ludzie ich stanowiska mogą rozkazywać lub żądać i że — tylko biedacy proszą.
— Widzisz, moje dziecko — tłumaczył Anielce — my prosić babcię możemy, bo naprzód — jest ona tak jakby moją matką, po wtóre — jest ona równa stanowiskiem, po trzecie — jest osobą w wieku, a po czwarte — że my jej zwrócimy pieniądze. Zresztą, majątek jej jest jakby nasz, i kiedyś będziemy go mieli.
Pomimo wiary w ojca argumenta te nie trafiały jakoś do serca Anielce. Wierzyła, że muszą być rozumne i prawdziwe, niemniej jednak budziły one w niej wstręt, podobnie jak żaba, którą wprawdzie Pan Bóg stworzył, która jest użyteczna, ale pieścić się z nią jak z ptakiem nie można.
— Więc napiszesz list do babci? — nalegał ojciec.
— O, mój tatku, ja bym bardzo chciała, ale nie wiem, co pisać...
— Powiesz, że ją kochasz, że ją chcesz poznać... — ciągnął już zniecierpliwiony.
— Boję się jej...
— To bardzo źle, przecież to nasza najbliższa krewna, a krewnych kochać należy...
— Prawda...