— Więc widzisz!... Zresztą mogę ci sam list podyktować.
Anielka znowu uczuła jakiś fałszywy ton w tej mowie. Niezbyt dawno były urodziny ojca, na które miała napisać powinszowanie przy pomocy panny Walentyny. Ale nauczycielka odpowiedziała wprost, że tego nie zrobi, że nie myśli w sobie budzić fałszywych uczuć, a Anielkę uczyć obłudy. Jeżeli córka kocha ojca, to mu sama potrafi powinszowanie napisać.
Istotnie Anielka napisała sama, co się ojcu i matce bardzo podobało. Pochwalili oni znalezienie się nauczycielki, potwierdzili jej poglądy. Anielka zaś czuła się zadowolona i rozumiała, że wszyscy mają słuszność.
Ale dzisiejsza rozmowa z ojcem zrobiła jej wiele przykrości. Nikt lepiej od niej nie zdawał sobie sprawy ze smutku rodziców, z nieszczęścia, w jakim byli pogrążeni, lecz świadomość o tym kryła gdzieś aż na dnie serca. Myśl o zamanifestowaniu tego robiła jej wrażenie nieprzyzwoitości. Jak to, ona ma wypowiadać i pisać, że u nich ludzie, woły i ziemia są głodni, że ojciec od Szmula pieniędzy pożycza, że matka nie ma słodowego ekstraktu?... A może jeszcze każą opisać jej tajemne, pełne łez rozmowy z Bogiem?...
Może miała pisać, że ojciec nie tylko z domu nie wyjeżdża, co zawsze robił dawniej, nie tylko wina przy obiedzie nie pija, ale nawet zachęca ją do obłudy, którą sam niegdyś potępiał?....
Ach! widziała ona w domu wielkie zmiany i słyszała rzeczy, o których strach pomyśleć... Co ten Szmul mówił o ożenieniu się ojca?... Ach! dom ich napadł zły duch, zwany nieszczęściem, który jak burza, choć niewidzialny, rozniósł dostatek, rozpędził ludzi, dręczył matkę i wszystko poprzewracał w sercu ojca. Parę lat temu widziała Anielka część lasu zniszczoną przez huragan i litowała się nad drzewami. Jeżeli w duszy ojca są takie ruiny, może je opłakiwać, ale opisywać nigdy!...
Wszystkie te rzeczy przyszły jej na myśl, gdy ojciec wyprawił ją z pokoju i zapowiedział, że po południu podyktuje jej list do babki. Nie wiedziała, co pocznie ze sobą.
Około drugiej, gdy już do stołu nakryto, a rodzice, Józio i Anielka siedzieli w szklanej altanie, przed dom zajechał wasążek65 i wysiadła z niego niska, pulchna i żwawa kobiecina. Wnet potem służący zawiadomił państwa, że przybyła chce się z nimi widzieć.
— Co to za jedna? — spytał pan.
— Jakaś taka, z waszecia, niby klucznica.