— Czym przyjechała?

— Gajda ją przywiózł... Ją, kufer, pościel...

— Ten łotr?... — mruknął pan. — Powiedz jej, niech wejdzie...

Służący wyszedł. W sieni rozległ się dźwięczny głos kobiety mówiącej prędko:

— Złóż tymczasem, mój przyjacielu, rzeczy w sieni na podłodze, a ja poproszę państwa, żeby ci dwadzieścia groszy wysłali, bo już sama nic nie mam. O, patrz! jaka pusta sakiewka. Wszystkie pieniądze wydałam w drodze do miasteczka...

Oboje państwo spojrzeli po sobie jakby na znak, że głos ten nie jest im obcy. Pani trochę zarumieniła się, pan brwi zmarszczył.

W tej chwili kobieta wbiegła do altany. Była ubrana po miejsku w burnus66 i kapelusz, wcale nie najświeższej mody, i już na progu rozkrzyżowała ręce wołając:

— Jakże się miewacie!... jak się masz, Meciu!... A to wasze dziatki?... Chwała Bogu...

I posunęła się naprzód, chcąc rzucić się na szyję pani.

Ale pan zabiegł jej drogę.